„Hektor” (opowiadanie inspirowane „Iliadą” Homera)

Zapraszam do przeczytania nowego opowiadania, którego bohaterami są Priam i Achilles. Zobaczcie, jak mogłoby wyglądać spotkanie dwóch wrogów po tym, kiedy to kilkanaście dni wcześniej każdy z nich stracił kogoś bliskiego swemu sercu. Pisząc, skupiłam się na postaci Priama, starając się zrozumieć jego odczucia w trudnej sytuacji życiowej, kiedy to musiał udać się do obozu wroga, by odzyskać ciało syna. Priam nie tylko jako władca, ale i Priam jako ojciec…

Tyle, tytułem wstępu… Witam serdecznie po przerwie, tym razem na nowej stronie, która póki co jest… w budowie, rozgrzebana, rozmemłana, ale nic to… jak mawiał ongiś pan Wołodyjowski. I dodam jeszcze tylko, że poniższe opowiadanie, zatytułowane „Hektor”, jest w pewnym sensie kontynuacją napisanego wcześniej „Patroklesa”

Ilustracja do tekstu: „Hektor” (opowiadanie inspirowane „Iliadą” Homera, bohaterowie – Priam i Achilles).
Ilustracja do opowiadania „Hektor”.

 

Hektor

***

Zapiski Priama

Nie ma bardziej mistycznej chwili niż ta, w której na świat przychodzi dziecko. Wyjątkowa radość wypełnia człowiecze serce, gdy rodzi się pierwszy potomek, dziedzic i następca; ktoś, w kim nadzieje pokłada nie tylko ojciec, ale i cały kraj.
Nie ma bardziej przytłaczającej chwili niż ta, w której umiera dziecko. Wyjątkowy smutek wypełnia człowiecze serce, gdy porządek odchodzenia z tego świata zostaje zakłócony i młodzi giną przed starymi; gdy przedwcześnie gaśnie ukochany syn

***

Przymknięte powieki, a przed oczami obrazy.
Wizje wciąż te same, przepływające przez zmącony bólem umysł Priama. Zamknięte bramy miasta, stosy ludzkich trupów pod murami, i Hektor… Opuszczony przez bogów i ludzi, stojący na zakurzonej, udeptanej ziemi. Skazany na zatracenie. Jak zawsze uparty, jak zawsze wierzący w zwycięstwo dobra nad złem. Choć wtedy pewnie, odeszła go wszelka wiara i pozostała jedynie świadomość obowiązku. Konieczności wzięcia na swe barki odpowiedzialności za jeden czyn…
Priam otrząsnął się z zamyślenia i otworzył oczy. Doskonale pamiętał każdą chwilę owego nieszczęsnego popołudnia, od którego minęło już jedenaście jutrzenek. I swoją własną bezsilność, gdy poprzedniego dnia bezskutecznie próbował namówić syna do skrycia się za murami miasta, do ucieczki przed tym szaleńczym żywiołem; przed niepohamowanym w zapalczywości i gniewie Achillesem. Teraz to już przeszłość, nic nie zmieni wyroków losu i woli bogów. Stało się to, co się miało stać.

***

Dzień, w którym Hektor zabił Patroklesa, zapisał się w dziejach Troi jako pozornie zwycięski.

Kilkanaście godzin później, rozgniewany Achilles ze wszystkimi wojskami greckimi, zjednoczonymi po długim konflikcie, zaatakował miasto. W ramach zemsty…  Gdy Priam ostatni raz rozmawiał z synem, Hektor był spokojny.

Ojcze, jeśli bogowie pozwolą, przeżyję jutrzejszy dzień – powiedział. – Jeśli nie, to… – Tu wzruszył ramionami i spuścił głowę. – Opiekuj się Andromachą i swym wnukiem, dopóki zdołasz…

W komnacie zaległa niezręczna cisza. Tysiące myśli przebiegało przez głowę Priama. Dlaczego bogowie do tego dopuścili? Dlaczego pozwalają na taką śmierć i taką niesprawiedliwość?

Nie musisz ginąć z jego rąk! – krzyknął. – Nie opuszczaj jutro miasta, a wszystko będzie dobrze!
To nie takie proste, ojcze – odrzekł Hektor. – Achilles to szaleniec. Zniszczy wszystkich, gdy przed nim ucieknę. Mszcząc jednego człowieka, wyrżnie całe miasto. Znajdzie sposób, by przejść murywiem to dlatego nie mogę się ukrywać. Choć żal mi… bo jeśli zginę, nie będę mógł dłużej chronić Troi.

Priam poczuł jak zalewają go gorące fale oburzenia.

Ilu dotąd zginęło?! – zawołał. – I Greków i Trojan! Sam zliczyć nie zdołam. I żaden z nich nie był godny takiej pomsty jak Patrokles! Żadna śmierć nie wywołała takiej burzy! Po żadnej stronie… Synu, to nie mieści się w mojej głowie!
Bo tu ojcze, w grę wchodzą… inne emocje – rzekł cicho Hektor. – Zażyłość między mężczyznami większa niż wszystkie, i… mania wielkości. Wybujałe ego, które nie widzi nikogo poza sobą. Taki jest… Achilles.

To prawda, ale mimo wszystko… gdybyś wtedy cofnął swą włócznię
Ale nie cofnąłem, na bogów! I tego już nie zmienię! Zabijając Patroklesa… wydałem wyrok na siebie. Wiem… to nieroztropne… ale stało się. Z początku zwiódł mnie… tą zbroją… Myślałem, że Achilla mam przed sobą, choć walczył gorzej niż zwykle, nie trafiał tak celnie. Chciałem wykorzystać okazję i go ubićodebrać Achajom największy atut… Potem rozpoznałem Patrokla i gniew mnie ogarnął. Za jego bezczelność! Za tę pychę i butę! I podstęp… Oszukał wszystkich, przez to tylu naszych zginęło! Myśleli, że z herosem walczą i strach ich ogarnął. A wiesz ojcze, że jak przychodzi strach, to nietrudno o błędy… i o brak wiary w siebie. Nie mogłem mu tego darować, zabiłem jak psa… Gdybym ciało dorwał, dałbym psom na pożarcie…

Dałbyś psom na pożarcie? – zawtórował gorzko Priam. – A wiesz, że jedna pomsta, kolejną pomstę pociąga za sobą? Ile jeszcze krwi ma popłynąć? Ilu synów mam stracić, ilu poddanych?
Mnie nie pytaj, nie ja tę wojnę wywołałem…

***

Priam nie spał.

Od śmierci Hektora nie zmrużył oka, a przynajmniej tak mu się zdawało. Pewności jednak nie miał, wszak ciało znużone trudem i duchowym bólem mogło czasem przysnąć, zupełnie niezauważalnie dla umysłu. W swą poczytalność zwątpił, gdy dwunastej nocy, przed dwunastym świtem boginię jutrzenki, Irys, zobaczył. Chwycił się za głowę i przysiadł na stołku, jednym okiem na zjawę łypiąc. Łokciami o stół się oparł i zastygł w bezruchu. To nie może być, żeby jego śmiertelnika bogowie nawiedzali! A jeśli nawet, to z jakiego powodu? Poczuł jak dziwny chłód krępuje mu członki, nie pozwalając się poruszyć. To strach – pomyślał. – Strach we śnie…

Witaj Priamie – pozdrowiła go bogini. – Nie obawiaj się, przychodzę ze wsparciem. Bogowie nad twoim losem boleją. Nie czekaj dłużej, weź wóz, załaduj darami i do obozu Achilla się udaj. Odkupisz ciało syna i godnie pochowasz. O swe życie się nie trwóż, wrócisz cało, tak zdecydował Gromowładny… – Z nagła odeszły go siły, głowa na stół miękko opadła. Przykrył ją dłońmi, a świat jakby się oddalał i coraz mniej realny się wydawał. Przed oczami zielone łąki mu mignęły, potem Hektor jeszcze dzieckiem będący i Troja… wolna od najeźdźcy. A może nigdy żadnego najeźdźcy nie było?

Z przyjemnego letargu wyrwał go głos Hekabe.

Mężu, już świta. Pójdź do łoża, tam godnego odpoczynku zaznasz.

Poderwał się mówiąc:

Nie mogę spać, do Myrmidonów muszę jechać jak najszybciej!
Tyś zwariował! – krzyknęła dziko. – W sam środek obozu wroga?!

***

Priam wyruszył po zmroku, tak nakazywał rozsądek.

Lepiej, by go nie przyłapali na próbie dotarcia do namiotu Achillesa. Wóz, wypełniony po brzegi złotem i cennymi przedmiotami stanowił nie lada gratkę dla greckich wojaków. A samotny starzec, w towarzystwie jeno woźnicy Idajosa, równie posuniętego wiekiem, bronić się nie miał szans. Ręce już nie tak sprawne jak kiedyś, a ciało słabe, bezsennymi nocami po śmierci syna wyniszczone.
Jechali wolno, czujnie rozglądając się na boki. Z przodu król na rydwanie, zaprzężonym w najlepsze konie, zaraz za nim Idajos na wozie z darami, ciągniętym przez silne muły. Zatrzymali się na chwilę, na zielonym brzegu Skamandra, by napoić zwierzęta. Priam wciągnął głęboko w płuca rześkie i zimne powietrze. Rozejrzał się wokół, szukając oznak jakiegokolwiek podejrzanego ruchu. Wsłuchiwał się przy tym uważnie w odgłosy otoczenia, niczego nie wyłapał. Idajos przysiadł na kamieniu. Cicho szumiała rzeka. Księżyc skrył się za chmurami, ograniczając widoczność. Nagle woźnica podniósł głowę i szepnął:

Ktoś idzie!

Priam wytężył wzrok. Nie widział nic. Zimny pot go oblał, nogi zmiękły. Czyżby całe przedsięwzięcie miało pójść na marne? Nie odzyska syna i sam przy tym zginie?

Panie, co teraz? – Idajos szarpnął go za połę szaty. – Uciekamy czy o litość prosimy?

Na decyzję nie było czasu. Zza zarośli wyłonił się człowiek. Młody, o jasnym spojrzeniu, szczupły, kędzierzawy, muskularny. Nie Trojanin, lecz Achaj niestety…

Dokąd to po nocy zdążacie? – zapytał. – I tak z tym wozem, pełnym skarbów idziecie? Rabunku się nie boicie? Życie wam niemiłe? 

Priam, niespokojnym okiem obrzucił miecz przypasany do boku przybysza. nie zdążył nic rzec, gdy tamten znów się odezwał:

Wiem, że króla Troi mam przed sobą… arcyciekawe spotkanie! – Zaśmiał się cicho. – Co was tu przywiodło? Nie bójcie się, krzywdy wam nie zrobię, wozu nie okradnę.
To okup za ciało mego syna… dla wodza Myrmidonów… Achilla – rzekł cicho Priam. Zastanawiał się: wierzyć obcemu czy nie? Rzadko spotyka się kogoś, kto nie myśli wykorzystać łatwej okazji do wzbogacenia się. Tymczasem, wszystko było takie dziwne. Jasna postać młodzieńca wyraźnie rysowała się na tle ciemnego nieba jak nierzeczywista. Priam przez chwilę miał wrażenie, że nieznajomego otacza świetlista poświata. Choć może to tylko zmęczone oczy płatały mu figla. – Jesteś jednym z bogów? – zapytał bez namysłu. – A może ich posłańcem?

Co? – żachnął się młodzieniec. – Ja… bogiem? – zaśmiał się. – Żaden ze mnie bóg – dodał. – Choć tak, bogowie na pewno mają cię na pieczy, skoro mnie spotkałeś, a nie oprycha jakiegoś czy żołnierza, który nie pogardziłby tym, co masz na wozie. Jestem jednym z synów Poliktora, towarzyszem Achillesa. Na zwiady wyszedłem, a tu taka gratka… Twego syna pamiętam… bo odważny był; sporo szkód wyrządził, wielu naszych powyrzynał. Nie bał się z bronią na greckie okręty wchodzić.

Priam ledwo powstrzymał się od okrzyku.

Widziałeś Hektora? Co z nim? Ciało jest w całości, czy psom oddane na pożarcie?
Spokojnie, starcze. – Młodzieniec ujął go za ramiona. – W dobrym stanie jest ciało, bogowie naprawdę ci sprzyjają.

Zaprowadzisz mnie do Achillesa? – Priam rzucił się w kierunku wozu. – Dam ci coś w zamian! Ta czara jest wiele warta!
Zaprowadzę… ale prezentu nie wezmę, bo przecież nie godzi się okradać własnego wodza… na jego krzywdzie żerować. Droga nie będzie łatwa, ale może się uda przejść jakoś… Oj, będzie się dziś działo… jeszcze tak nie było, by się spotkali Priam i Achilles sam na sam, bez udziału innych wodzów.

***

Notatki Achillesa

Zabiłem Hektora. Zemsta dokonana. Trup wciąż u stóp mego namiotu leży. Dozna wszelkich upokorzeń, jakie tylko zdołam wymyślić, ale czy to zapełni moją pustkę? Czy ukoi ból i smutek? Waham się, lecz od niedawna dopiero. Czy ja dobrze czynię? Litości nie znam, lecz bogowie chyba w nadmiarze ją mają, bo trupa od zepsucia chronią. Spać nie mogę, chociaż snu pragnę i zapomnienia również. I wątpię czy kiedykolwiek będą mi dane.
Agamemnon o waśni raczył zapomnieć. Oddał mi brankę i szczodrze obdarował. Patrokla pochować pomógł. Stary cap, wywęszył interes dla siebie. Wie, że Trojanom nie odpuszczę i nie spocznę, dopóki nie spalę miasta. Nie chcę przyczyniać się do jego chwały, ale nie mam wyboru.

***

Tej nocy, Achilles po raz kolejny nagie ciało Hektora sznurami do rydwanu przywiązał.

W dzikim szale okrążył kilkukrotnie grób Patroklesa. Potem pod namioty wrócił, trupa na piachu zostawił. Rzucił się na łoże, lecz sen jak zwykle nie nadchodził. Przewracał się z boku na bok, szukając najwygodniejszej pozycji, miotał się w pościeli coraz bardziej wymiętej i przepoconej. Łokcie wbijał w poduszki, pięści na prześcieradłach zaciskał, to na brzuchu, to na plecach leżeć próbował. W końcu wstał i szybkim krokiem chodził w tę i z powrotem. Dzikim wzrokiem błądził po przedmiotach w namiocie rozstawionych.

Może coś zjesz? – zapytał Automedon. – Kolacja już gotowa. Stygnie…
Jestem na skraju obłędu! – wycedził Achilles przez zęby. – Nie mów mi o kolacji! Zabierz to wszystko!
Mięsiwo na kwaśno czy na ostro sobie życzysz? – kontynuował niezrażony odmową towarzysz. – Jest naprawdę dobre! Szkoda, by się zmarnowało…

Achilles opadł bezsilnie na drewniany zydel.

Na ostro! – rzucił, patrząc pustym wzrokiem przed siebie.

***

To namiot wodza! – rzekł przystojny niczym Hermes*, syn Poliktora. – Dalej sami traficie – dodał. – Ja mam inne zadania, z nich muszę się wywiązać. W każdym razie powodzenia, niech los wam sprzyja…

Priam podziękował miłemu wybawcy i przewodnikowi, po czym skinął na Idajosa, nakazał mu przy wozach zostać. Sam podszedł cicho do sporej budowli, postawionej z drewnianych, sosnowych bali. Stanął w przedsionku i z ukrycia zajrzał do środka. Achilles właśnie się posilał, towarzyszyli mu dwaj przyjaciele, Automedon i Alkim.

Wódz Myrmidonów był wysokim, szczupłym, solidnie zbudowanym mężczyzną. Znać było po nim siłę, rzadko spotykaną u ludzi. Jasne włosy okalały jego wysokie czoło, zaś spod zmarszczonych brwi wyzierały mądre, aczkolwiek smutne, przepełnione buntem oczy. Priam zamyślił się; czy ten człowiek naprawdę może być tak zły, jak o nim mówią? Czy jest coś, co zdoła zmiękczyć jego serce? Był gotów prosić aż do skutku, choć miałoby to trwać dni i noce. Gdy Achilles skończył się posilać, nie czekał. Wszedł cicho do środka, ciężko klęknął przed zabójcą swego syna, chwycił jego dłoń i pocałował.

***

Wódz Myrmidonów nie potrafił ukryć zaskoczenia.

Właśnie odłożył miskę i już miał ofuknąć Automedona zupełnie bez powodu, ot tak dla rozładowania własnej frustracji, gdy wszedł ten starzec i padł przed nim na kolana.

Eh… no co? – wybąkał Achilles. Próbował cofnąć rękę, lecz niezbyt zdecydowanie. – Czegóż tokrólu… chcesz ode mnie?
Wysłuchaj mnie wodzu – Priam podniósł głowę. – Wiele czasu ci nie zajmę, zresztą… nie mam go dużo. – Po tych słowach znów przypadł do rąk Achillesa i mocno je ścisnął, jakby błagalnym dotykiem chciał litość wzbudzić, serce srogiego wojownika poruszyć, by wreszcie do spełnienia swych próśb nakłonić. – Ojca swego pamiętasz? Prawda? – zagaił. – Wiele wiosen już ma, coraz trudniej mu samemu Ftyją rządzić. Cieszy się, że żyjesz… i pewnie na twój powrót czeka z utęsknieniem…

Ale nie doczeka! – Achilles wyprostował się na stołku. Poczuł dziwny ucisk w gardle, jakby kawał pieczonego na ostro mięsa utknął tam, gdzie nie powinien. Odchrąaknął głośno, po czym westchnął. Nie wrócę domu, mój los już przesądzony. Tutaj tkwię od lat i tutaj żywot zakończę. Ale mów, czego chcesz? I dlaczego?
Jak wiesz, ja też jestem ojcem… a właściwie byłem… bo żaden z moich synów wśród żywych nie ostał…

Przykro mi, starcze. – Achilles przymknął oczy, by nie widzieć zmęczonej, pociętej bruzdami twarzy Priama. Swobodnie płynących łez i białych włosów, które wyglądały tak, jakby od wielu dni nie zaznały wody ni grzebienia. Za to popiołu było w nich sporo. Ciemnego, żałobnego popiołu. Tak wygląda ojciec, które traci wszystkich swoich synów, bez wyjątku. Ten miał ich wielu… – pomyślał Achilles.
Masz u siebie… wodzu… ciało mego najstarszego… Hektora – mówił dalej Priam cichym, ochrypłym głosem. – Nie przybyłem się żalić, ni oskarżać nikogo… Chcę tylko syna zabrać i pochować godnie… by moje serce i jego dusza zaznały wreszcie spokoju. Przywiozłem okup bogaty… mnóstwo darów dla ciebie.

Achilles poderwał się z siedziska i szybkim krokiem namiot przemierzył.

Znam twój ból – rzekł. – Choć może nie taki, tylko podobny do twojego – dodał. Przed oczami stanął mu Patrokles, chwilę później ojca swego postać w wyobraźni zobaczył. Mimowolnie zacisnął zęby. – Odważnyś starcze – powiedział po chwili żeś tak niebezpieczną drogę przebył, by zabójcę synów o łaskę prosić. Rozpaczasz… rozumiem… lecz to Hektorowi życia nie wróci, szkoda twych łez… Nie znam człeka, który nie ma zmartwień, jeno bogowie mogą być szczęśliwi. Usiądź, odpocznij.
Nie czas odpoczywać! – rzekł głośno Priam, po czym zamilkł jakby z przestrachu, i już nieco ciszej zapytał: – Gdzie mój syn? Co z nim?
Nie ty jeden cierpisz! – rzucił gorzko Achilles. Z trudem opanował nagłe poczucie żalu, i skierował się ku wyjściu. – Wydam ci syna! Od dawna o tym myślę! Ale nie drażnij mnie… bo zmienię zdanie, pognam cię precz i prawu gościnności uchybię!

***

Priam usiadł na krześle, przycisnął drżące dłonie do kolan.

Nie warto spierać się z wodzem Myrmidonów. Porywczy to człowiek, zapalczywy; gdy gniew go ogarnia, z oczu gromy ciska. Wystarczy jedno nietrafne słowo, by zepsuć wszystko. Lepiej język i serce powstrzymać, chłodnym rozumem się kierować.
Achilles wyszedł z namiotu, jego przyjaciele poszli za nim. Alkim pierwszy, Automedon chwilę zwlekał. Wpierw nalał wina do kielicha, przed Priamem postawił.

Pokrzepcie się, królu – rzekł, i dopiero wtedy za Alkimem podążył.

Kilka chwil później, do namiotu wszedł wierny woźnica Priama, Idajos.

Kazali mi tu przyjść… i usiąść – powiedział. – Zdejmują dary z wozu i biorą do siebie. – Usadowił się na stołku obok Priama, rozcierając zmarznięte od nocnego chłodu dłonie i spojrzał wyczekująco. – Rzekli coś, panie? – zapytał. – Wydadzą Hektora?

Priam nie odpowiedział, upił wina z kielicha. Przyjemne ciepło powoli ogarniało jego zmęczone członki.

***

Noc bezgwiezdna i ciemna, dłużyła się.

Achilles przyklęknął nad nagim trupem Hektora. Oświetlił ciało pochodnią i szybkim spojrzeniem obrzucił. Trupio-blada, szara od kurzu lecz wciąż piękna twarz, niczym wykuta w marmurze się jawiła. Przez nitki martwych, potarganych włosów przezierał żółty piach. Nagie członki sczerniały od ziemi, po której ciągnięto je bezlitośnie każdego dnia. Żałosny był to widok.

Wóz już pusty – Alkim zbliżył się do wodza i zatarł ręce. – Załadować trupa? – zapytał.
Nie. – Achilles wstał i oddał pochodnię Automedonowi. – Niech go wpierw branki umyją, uczeszą i namaszczą olejkami. Potem weźcie jedną z moich szat najlepszych i płaszcz. Ubierzcie go. Ma nie straszyć żywych i wyglądać… dostojnie.

Gdy ciało było już przygotowane jak należy, Achilles wrócił do namiotu.

Priam na stołku ledwo siedział, to przysypiał, to zrywał się i rozglądał nieprzytomnie dookoła. Czasem wzdychał cicho.

Przed świtem syna zobaczysz i do domu wyruszysz – rzekł Achilles, ujmując króla Troi za ramiona. – Do tego czasu prześpisz się w przedsionku namiotu, na uboczu… z dala od ciekawskich oczu. Moi ludzie wygodne posłanie przygotują. Wybacz, że w taki sposób, ale różni mnie nawiedzają. Po rady i rozkazy przychodzą… a lepiej, by wieść o twoim przybyciu do króla** nie dotarła. Rad by był wroga na swym terenie ująć, a takich kłopotów nam nie trzeba.

Dziękuję za twą troskę – odpowiedział Priam. W jego spojrzeniu było coś delikatnego, ulotnego, a zarazem przebijała przez nie ogromna bezradność. Achilles wzdrygnął się. „To lepiej, że nie dożyję tak sędziwego wieku” – pomyślał. Przez chwilę obaj patrzyli sobie w oczy, bez słów. Zawisła cisza między nimi. Przerwał ją wódz Myrmidonów, przypomniał sobie bowiem o swej roli gospodarza:
Zanim spać pójdziesz, posilimy się. Nabierzesz sił przed podróżą. Syna opłaczesz jak już w mieście będziesz, ale powiedz mi, ile ci czasu na to potrzeba? Powstrzymam Greków, nie będą atakować…

Priam obliczać zaczął i rzekł w końcu, że dwanaście dni na uroczystości żałobne przeznaczyć pragnie.

Niech tak będzie, dopilnuję by nikt nie zakłócał waszego spokoju.

***

Posłanie, przygotowane przez przyjaciół Achillesa było wygodne i miękkie.

Kolorowe kobierce, dobrze wyprawione zwierzęce skóry, poduszki i prześcieradła dawały dużo ciepła. Spożyty posiłek przyjemnie wypełniał Priamowe trzewia. Idajos spał obok, pochrapywał miarowo, czasem sapnął, czasem przewrócił się na drugi bok. Z wnętrza namiotu wodza Myrmidonów wciąż dochodziły jakieś głosy; rozmowy cichły potem wzmagały się, by znów niknąć, tłumione przez noc. Ciężkie cienie postaci przesuwały się po ścianach oświetlonych pochodniami.
Priam przymknął powieki i powoli zapadał w miękki, ożywczy sen. Nie wiedział ile to już czasu upłynęło, gdy ktoś stuknął go w ramię. Rozbudził się natychmiast i podniósł głowę. Przed sobą zobaczył znajomą postać mężczyzny, który kilka godzin temu, przy wodach Skamandra, przedstawił się jako syn Poliktora. Tak, syn Poliktora i towarzysz Achillesa…

Już czas – szepnął młodzieniec. – Zbierajcie się obaj, odprowadzę was pod mury miasta.

Przypisy

* W „Iliadzie” Priamowi pomaga Hermes, który podaje się za syna bogatego Poliktora i jednocześnie towarzysza Achillesa.

** Chodzi o Agamemnona, dowodzącego Grekami pod Troją.

Postacie występujące lub wspomniane w tekście

Priamkról Troi, ojciec Hektora

Achillesbohater wojny trojańskiej, syn Peleusa (króla Ftyi) i Tetydy (nereidy, czyli boginki morskiej)

Hektorsyn Priama (króla Troi), jeden z głównych obrońców miasta, zabity przez Achillesa

Idajos – woźnica i poddany Priama

Hekabe – królowa Troi, żona Priama, matka Hektora

Andromacha – żona Hektora

Automedon – woźnica i przyjaciel Achillesa

Alkim – jeden z przyjaciół Achillesa

Patroklesprzyjaciel Achillesa, zabity w walce przez Hektora.

Myrmidonowie – poddani Peleusa (ojca Achillesa); wojownicy, którzy walczyli z Achillesem pod Troją

Hermes – grecki bóg kupców, podróżnych, złodziei, retorów i mówców oraz pasterzy; boski posłaniec; odprowadzał również zmarłych do Hadesu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *