Trojańskie opowieści. Prolog – To ja miałem umrzeć młodo!

Nota odautorska i ogłoszenia parafialne

Moi drodzy, przed sobą macie prolog dłuższej historii zaczerpniętej z mitologii, którą zawsze pragnęłam opisać po swojemu. Czy mi się to uda – nie wiem. Od razu zaznaczam, że nie mam zamiaru tworzyć wersji doskonałej opowieści, którą opracowywali wielokrotnie naprawdę znani pisarze i poeci. Zwyczajnie idę za głosem serca i piszę o tym, co mi w duszy gra.

Pracując nad tekstem będę opierać się na mitologii, jednak nie oczekujcie zgodności idealnej, bo tego tu nie będzie. W opowieści znajdą się momenty, gdzie dam się ponieść fantazji i przedstawię zarówno bohaterów, jak i zdarzenia w takiej formie w jakiej widzi ją mój duch twórczy. 😉

Kiedyś napisałam dwa opowiadania oparte na „Iliadzie” Homera. Nosiły one tytuły: „Patrokles” i „Hektor”. Prolog, który przeczytacie jest rozwiniętym oraz poprawionym merytorycznie fragmentem „Patroklesa”.

Chronologicznie ten rozdział nie powinien być prologiem. Został nim jedynie dlatego, że według mnie jest momentem zwrotnym wojny trojańskiej. Być może kiedyś to się zmieni, z uwagi na to, że to co tu zamieszczam jest zaledwie pierwszym draftem dłuższego tekstu, pisanego na bieżąco.

Opowieść tę zaczęłam publikować również na Wattpadzie. Jeśli ktoś wołałby tam czytać, podaję linka: Trojańskie opowieści na Wattpadzie. Fotografia, którą widzicie w tym rozdziale przedstawia „wattpadową” okładkę do opowieści. Portret jest mojego autorstwa, natomiast samą okładkę wykonała moja nastoletnia córka w programie Krita.

Ogłoszenie:

Na czas pisania pisania „Trojańskich opowieści” częściowo zawieszam „Sagę o ludziach i wampirach”. Być może jakieś rozdziały tego opowiadania pojawią się w międzyczasie, ale na pewno nie będzie to regularna publikacja.

Taką decyzję podjęłam ze względu na to, że jestem w trakcie kończenia mojej autorskiej powieści, czyli książki fantasy „Pentagram”, która ma już 400 tysięcy znaków w maszynopisie i domaga się sfinalizowania. Prawda jest taka, że trzech dużych projektów nie jestem w stanie pociągnąć.

Zapowiedzi:

Po dzisiejszym prologu pojawi się „pełnometrażowy” rozdział pierwszy powieści, w którym cofniemy się w czasie. Udamy się na Olimp i przyjrzymy się pewnym wydarzeniom oczami Tetydy – matki Achillesa.

Trojańskie opowieści. Prolog – To ja miałem umrzeć młodo!

Strzeżcie się tryumfu jest pułapką losu

I nic nie znaczą wrogów naszych hołdy

Jeden jest ogień którym płoną stosy

Miecz o dwóch ostrzach trzyma tępy żołdak

Ja wam nie bronie radości

Bo losu nie zmienią wam wróżby

Ale pomyślcie o własnej słabości

Zamiast o tryumfie nad ludźmi

[…]

Już mrówcza fala toczy się po polu

Gdzie niewzruszenie tkwi Czerwony Koń

Ach jakbym chciała być jak oni być jak oni

Ach jak mi ciąży to co czuję to co wiem

Bawcie się pijcie dzieci Jak się bawić i pić potraficie

Są ludy co dojrzały do śmierci

Z rąk ludzi niedojrzałych do życia

Są ludy!”

(Kasandra, Jacek Kaczmarski)

***

– To ja miałem umrzeć młodo!

Krzyk dobiegał z największego namiotu w okolicy. A potem niósł się po pustym obozowisku Myrmidonów, płosząc nieliczne ptaki, które przysiadły na starych wozach i drewnie składowanym na opał. Po chwili ucichł. Znów było słychać tylko szum fal i odgłosy walki z każdą chwilą coraz bliższe, gdyż wojska greckie cofały się w stronę własnych umocnień.

***

Achilles posypał głowę gorącym popiołem, po czym westchnął głośno. Patrzył na młodego Antylocha, posłańca złych wieści. Chciał coś odpowiedzieć, lecz słowa utknęły mu w gardle. W głowie miał pustkę, i to go przerażało. Sam nie wiedział co czuje, a co czuć powinien.

Zacisnął usta, po czym potarł dłonią powieki. Oczy były suche i piekły nieprzyjemnie. A łzy jak na złość nie chciały płynąć. Wciągnął gwałtownie powietrze, lecz to go nie uspokoiło. Uderzał palcem w stolik, wystukując ponurą melodię zasłyszaną przy ogniskach Myrmidonów.

Antyloch unikał jego wzroku. Spuścił głowę, jakby liczył ziarenka piasku pod stopami. Przestępował z nogi na nogę, drżały mu dłonie. Tymczasem służący skrywali się w kątach namiotu, i stamtąd dochodziły niekiedy ich szepty.

– Na śmierć czekam jak na kochankę! – Achilles wrzasnął nagle. – Pogodziłem się z losem… a on igra ze mną jak z idiotą! – Rozedrganym ruchem dłoni wcierał popiół w swą płową czuprynę. Paznokciami orał skórę głowy, usta zaciskał w rozpaczliwym grymasie.

– A to nie trzeba najpierw pójść do boju? Żeby zginąć? – zapytał niepewnie Antyloch. Cicho i pod nosem, jakby mówił sam do siebie. – Patrokles bił się dzielnie – dodał głośno – ale bogowie, no cóż… niestety… chyba się od niego odwrócili. I od nas też… I pewnie dlatego Hektor go dopadł i ubił…

Achilles potarł dłonią poczerniałe od sadzy czoło. Jego serce przyspieszyło, by po chwili zwolnić i niemal się zatrzymać. Potem znów uderzyło z ogromną siłą, lecz nieregularnie niczym ptak bijący skrzydłami w pręty zamkniętej klatki. Nieznana siła ścisnęła mu gardło. Z trudem przełknął ślinę, chrapliwie łapał oddech. Liczył na to, że się nie udusi wtedy, gdy powinien zacząć działać. Czuł jak kolejne mięśnie naprężają się powoli, a ciało spina się niczym do skoku; w jego wnętrzu kiełkował gniew.

– Achillesie, oni się biją! – Antyloch szarpnął go za ramię. – Walczą o Patroklesa!

– O ciało?

– Tak! Hektor chce poniżyć zwłoki. Straszy, że głowę odetnie! A potem na kij nadzieje i na mury Troi zawlecze. Pewnie na okup liczy… i na to, że ulegniesz. Że za Patrokla jeńców im wydasz i trupy… Nasi chronią ciało, ale Trojanie zawzięci! Odpuścić nie chcą! Menelaos cię o wsparcie prosi! Ale sam nie wiem… czy powinieneś tam iść.

Achilles zacisnął pięści. Jesteś wodzem! – pomyślał. – Na Atenę! Weź się w garść!

Szybkim krokiem ruszył w stronę zbroi. Nie było jej tam, gdzie być powinna. Brakowało też oszczepów, miecza, tarczy i hełmu. W pierwszej chwili zamarł. Dopiero potem przypomniał sobie, że wszystko oddał Patroklowi, gdy ten szykował się do walki.

Westchnął ciężko. W myślach przeklął własną głupotę. Przewrócił oczami, po czym otwartą dłonią stuknął się w czoło.

I jak tu wyjść z obozu bez uzbrojenia?

Miałby igrać z losem? Żeby się spełniła przepowiednia? Ta, że umrze młodo chwałą okryty? Przecież tylko głupiec wystawia się na cios wroga! Mógłby wprawdzie zginąć, ale nie teraz.. Wpierw Patrokla trzeba pomścić, pogrzebać… I zadbać o wszystko… A potem? Potem może się dziać cokolwiek.

Spojrzał spode łba na Antylocha, który ukradkiem ocierał łzy; umazany posoką, zmęczony walką. I na dodatek od niego, Achillesa, oczekiwał decyzji. A może tylko z chwili spokoju korzystał? Z dala od bitewnego zgiełku?

– Hektor ukradł zbroję – rzekł Antyloch, przerywając ciszę – tę, co Patroklowi dałeś, gdy…

– Zbroję zdarł… ale ciało zostawił? – Achilles wszedł mu w słowo, upewniając się czy dobrze rozumie.

– Było, jak mówisz. Ciała nie zdążył wziąć, bo Ajas go pogonił. Odjechał więc, zebrał swoich i wrócił. Kazał im się bić o Patrokla…

– Hektor to bydlak! Niech go bogowie brakiem pochówku pokarają! – krzyknął gniewnie Achilles.

Bił się z myślami, które rozdzierały jego duszę. Rozglądał się za mieczem przyjaciela i klął głośno, bo go nie potrafił znaleźć. Albo to ktoś schował, albo sobie pożyczył. Gorączkowo szukał rozwiązania, lecz żaden pomysł nie przychodził mu do głowy.

Wziąć zbroję Patroklesa? Tę, co nadal leży w kącie? Jak na złość chyba… bo choćby się starał, nie wciśnie jej na siebie!

Achilles sapnął wściekle. W duchu wzywał bogów, o pomoc ich prosił. I wtedy zobaczył starą tarczę Patroklesa. Wziął ją do ręki. Przez chwilę ciężar ważył, bo zdawała mu się zbyt lekka. Potem wyszedł na zewnątrz i ruszył ku wałom.

Sam nie był pewien, gdzie i po co idzie… Poddać się losowi? Własną śmierć przyspieszyć? Albo strach w Trojanach wzbudzić, by bój o ciało zakończyć?

Mało kto z własnej chęci do walki z nim stawał. Gdy z mieczem między szeregi wojowników wkraczał – mniej odważni pierzchali na boki. Kryli się przed jego ciężką, znaną z precyzji ciosów ręką.

Może i teraz, mimo braku uzbrojenia uda się panikę w szeregach wroga spowodować? Jeśli tylko bogowie na to pozwolą!

Achilles wbiegł na groblę. W oddali widział Greków, którzy zdążali w stronę własnego obozu. Za nimi szli Trojanie; dowódcy zagrzewali ich do walki. Krzyk rannych, szczęk mieczy i świst oszczepów rozbrzmiewał wokół nich. Dźwięki narastały, mieszały się ze sobą, tworząc jeden wielki hałas.

Achilles przystanął, by się rozejrzeć. Za sobą słyszał ciężki oddech Antylocha, niknący czasem wśród zbliżających się odgłosów bitewnej wrzawy. Syn Nestora, choć młody i na ciele sprawny, ledwie dotrzymywał mu kroku.

– Achillesie, popatrz! – zawołał nagle.

– Co takiego?

– Tam! – Antyloch chwycił go za ramię i wskazał coś palcem.

Achilles za ruchem dłoni młodzieńca podążył. Wytężył wzrok, wpatrywał się przez chwilę, aż wreszcie ich zobaczył.

Menelaos z Merionesem nieśli ciało.

Ale czyje? Chyba nie Patrokla? Po bokach Myrmidonowie, ruchliwi niczym mrówki odpierali ataki Trojan. Jednak największy ruch był na tyłach, gdzie dwaj Ajasowie, Wielki i Mały sprawnie odbijali ciosy wroga. Tam mignął Achillesowi Hektor w jego własną zbroję odziany, tę co Patroklowi pożyczył. Cały ten pochód zmierzał w stronę greckiej palisady.

– Radzą sobie – rzekł z ulgą Antyloch. – Nie musisz tam iść. I lepiej nie idź, bo bez broni to niebezpieczne…

Syn Nestora miał rację. Stali więc tylko i przyglądali się jak Grecy wycofują się pod naporem Trojan.

I właśnie wtedy – zupełnie niespodziewanie – między walczącymi wytworzyła się luka. Wykorzystał ją Hektor. Zbliżył się do niesionego na tarczy Patroklesa i chwycił go za nogi.

Achilles poczuł, jak zamiera w nim serce. Jednak nie zamierzał się poddawać.

Nabrał powietrza w płuca, po czym wydał swój okrzyk bojowy. Już się poderwał, by biec w stronę walczących, gdy Antyloch chwycił go za ramiona. Osadził w miejscu i przytrzymał mocno.

Wtem załamały się szeregi, a Hektor odskoczył od ciała.

– Usłyszeli cię! — powiedział Antyloch. – I rozpoznali… Może w popłoch wpadną? – W jego oczach widać było nadzieję. – Oby wpadli… – dorzucił, rozglądając się gorączkowo wokół.

Achilles spojrzał sponad tarczy, po czym znów krzyknął. Jego głos niósł się falą po otwartej przestrzeni, wywołując poruszenie wśród Trojan.

Wtedy ze zdziwieniem stwierdził, że donośnym rykiem odstrasza przeciwnika. A skoro to skutkuje, czemu nie skorzystać? Krzyknął jeszcze raz. Niech rośnie panika wśród szeregów wroga! Niech uchodzą czym prędzej, i precz z oczu znikają!

– Udało się. – Antyloch otarł pot z czoła. – Hektor zawraca, a Trojanie jadą za nim.

***

To ja miałem umrzeć młodo! – pomyślał Achilles, smętnym wzrokiem obrzucając zwłoki przyjaciela złożone na marach. – A tymczasem co? Kto poszedł śmierci prosto w ramiona? Kto Greków ratował… gdy ja walczyć nie chciałem? – Oparł głowę na przedramieniu, po czym wcisnął twarz w zagłębienie łokcia.

– Gdybym się nie upierał przy swoim, żyłby… – rzekł z goryczą w głosie.

Niechciana fala gorąca ogarnęła jego ciało. Wstyd bywa dotkliwy, a jeszcze większym bólem przeszywa, gdy z wyrzutami sumienia idzie w parze. I z ogromnym poczuciem winy.

***

W następnym odcinku cofamy się w czasie i przenosimy się na Olimp. Link poniżej.

Ciąg dalszy: Trojańskie Opowieści. Rozdział 1 – A na Olimpie trwa zabawa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *