Trojańskie opowieści. Rozdział 4 – Zalotnicy Heleny (Odyseusz)

Linki do poprzednich rozdziałów:

Trojańskie opowieści. Prolog – To ja miałem umrzeć młodo!
Trojańskie opowieści. Rozdział 1 – A na Olimpie trwa zabawa (Tetyda)
Trojańskie opowieści. Rozdział 2 – Troja jest tylko jedna (Priam)
Trojańskie opowieści. Rozdział 3 – Ucz się, drogie dziecię moje… (Peleus)

***

Trzy miesiące temu spartański król, Tyndareos rozesłał zaproszenia do wszystkich greckich władców oraz książąt. Zaprosił ich na swój dwór, by zaprezentować swą córkę Helenę oraz wybrać dla niej męża.

Zalotnicy zjeżdżali już od tygodnia. Najbardziej poważani zamieszkali w pałacu królewskim, pozostali zostali rozlokowani w domach dworzan oraz budynkach gościnnych. Dziś dotarli ostatni z nich, czyli ci który mieli najdłuższą drogę do przebycia lub jakieś wcześniejsze sprawy do ukończenia.

W pałacowym megaronie odbywała się uczta. Pora była wczesna, niedawno minęło południe.

Odyseusz usiadł w środkowej części stołu. Dopiero co przybył do Sparty, więc chciał najpierw nieco się rozejrzeć. Mało jadł, niewiele pił, za to bacznie obserwował zgromadzonych.

– Coś taki ponury, władco skał i kóz? – Siedzący tuż obok Diomedes obrzucił go kpiącym spojrzeniem. – Żal ci, że nie dostaniesz pięknej Heleny?

– Wcale jej nie chcę. – Odyseusz pochylił się ku młodzieńcowi i ściszył głos. – A tobie wino uderzyło do głowy. Pleciesz, co ci ślina na język przyniesie.

– Przepraszam, nie chciałem cię urazić. – Zmitygował się Diomedes. Był śmiały jak na swój wiek, szybki w mówieniu i działaniu. Gorąca krew…

– Nieważne. – Odyseusz zmienił temat. – Dopiero co wróciłeś z Teb. Jak wam się udało je podbić?

– Wyrocznia była dla nas łaskawa. No i… zrobiliśmy inaczej niż nasi ojcowie. Nie oblegaliśmy bram, bo to było głupie. Łupiliśmy za to wioski, wszystkie po kolei. I wtedy Tebańczykom puściły nerwy. Wyszli z miasta i zaatakowali nas w Glisas. Alkmeon zabił ich króla, a my dokonaliśmy reszty. Nie na darmo ściągnęliśmy siły z Mesenii, Arkadii, Koryntu i Megary*.

– A jak tam twój dziadek, Adrastos?

– Buduje świątynię Nemezis pod Tebami, gdy skończy, wróci do Argos. Powiem ci… że bardzo posunął się w latach. Nie wiem czy wiesz, ale jego syn, a mój wuj Ajgialeus zginął w trakcie walk.

– Przykro mi, Diomedesie.

– Cóż, taki los wojownika. – Diomedes wzruszył ramionami, po czym napił się wina. Nie wyglądał na zasmuconego. Z zaciekawieniem przyglądał się Helenie, która siedziała przy rodzicach. – Naprawdę jej nie chcesz? – zapytał po chwili. – Dlaczego?

– Niedawno sam sobie odpowiedziałeś na to pytanie. Jestem władcą skał i kóz, nie dla mnie spartańska księżniczka.

– Ja tylko żartowałem!

– Ale to prawda. Itaka jest małą wysepką, a ja urodą nie grzeszę. Helena ma do wyboru wielu bogatszych i przystojniejszych zalotników. Choćby ciebie…

– Już dobrze… – Diomedes poczerwieniał. – Zrozumiałem przytyk. Mam cię jeszcze raz przeprosić?

– Nie trzeba, łaskawie ci wybaczam. – Odyseusz uśmiechnął się ironicznie. – A tego co powiedziałem nie cofam. Ludzie powinni dobierać się w pary według statusu życiowego. Zresztą, jest jeszcze jedna sprawa sprzed lat, o której wielu zapomniało…

– Jaka? – Diomedes nadstawił ucha.

– Kiedyś Tyndareos pominął Afrodytę podczas składania ofiar bogom – wyszeptał Odyseusz – a ona przysięgła, że jego córki zasłyną jako niewierne żony.

– Skąd wiadomo, że przysięgła?

– Wyrocznia tak orzekła.

– I ty w to wierzysz?

– Nie ma znaczenia czy wierzę, czy nie. Potrzebna mi żona spokojna, dobra i wierna. Taka, której nie przestraszy widok ubogiej Itaki. A na dodatek bystra, żeby umiała zadbać o nasze wspólne interesy. Życie płata ludziom różne figle. Moja żona musi mieć głowę na karku.

– To po co udajesz zalotnika Heleny? – Diomedes skinął na służącego, by uzupełnił jego kielich winem.

– Nie udaję – odpowiedział przewrotnie Odyseusz. – Jestem zalotnikiem, lecz wiem, że nie zostanę wybrany. Dlatego planuję wziąć inna kobietę za żonę, a do tego potrzebuję poparcia Tyndareosa.

Diomedes pokiwał głową. Wyglądał poważnie jak na swoje szesnaście lat. Powiadano, że doskonale radził sobie pod Tebami. Był sprawny i silny, ponoć miał naturalny talent do wojaczki. Przez chwilę obaj wypatrywali innych zalotników. Po przeciwnej stronie siedział ogromny Ajas z Salaminy. Z nikim nie rozmawiał, głównie jadł. I to ogromne ilości.

– Bardzo sprawnie włada mieczem – szepnął Diomedes. – Ale rozumem bogowie go słabo obdarowali.

– Sprawni wojownicy też są potrzebni. Bez zbędnych komentarzy wykonają wszelkie rozkazy. A to bywa cenniejsze od złota.

– Mnie się podobają inteligentni wodzowie, od nich chciałbym się uczyć.

Odyseusz pokiwał głową. Już miał zamiar pogrążyć się we własnych myślach, gdy Diomedes chwycił go za ramię. Wskazał przy tym mężczyznę o siwych skroniach, który siedział przy jednym z dalszych stołów w towarzystwie czarnowłosego chłopca.

– Znasz ich? – zapytał.

– Owszem. To Menojtios, król Opusu i jego syn Patrokles.

– Ten dzieciak wygląda, jakby go przywlekli na ścięcie. Ile on ma lat? Dwanaście? Przecież jemu nikt nie da spartańskiego tronu! Niczym się nie wyróżnił… i z tego co wiem, to niewiele umie. Może i Opus do biednych nie należy, ale Menojtios o syna nie dba. Jakby mu nie zależało na godnym następcy.

Odyseusz chciał coś rzec o ocenianiu po pozorach, jednak Diomedes nie oczekiwał odpowiedzi. Odwrócił się w drugą stronę megaronu.

– Albo ten… tam… Filoktet… – kontynuował swą przemowę. – Może i dobry łucznik, ale dla księżniczki za stary. Podobnie Idomeneus z Krety, tylko że ten jest na dodatek arogantem. Poprzyjeżdżali tu wszyscy… łasi na zaszczyty, a nikt z nich nawet nie pomyśli, że pasuje do Heleny jak pięść do nosa. Popatrz na Nestora, reprezentuje swego syna, sześcioletniego Antylocha. Z całym szacunkiem dla króla Pylos i jego mądrej głowy, ale czyż to nie kpina? Jest jeszcze Menelaos, jednak to Pelopida… Na wojennego kompana i wspólnika w interesach może się nada, choć trzeba by mu patrzeć na ręce. Na małżonka już mniej… Niby tylu chętnych, a wyboru żadnego…

Diomedes sięgnął po dzban, po czym nalał sobie szczodrze wina do kielicha. Odyseusz przyglądał mu się spod zmrużonych powiek.

– Wybredny jesteś – rzekł w końcu. – Kogo byś w takim razie wybrał?

– Gdybym był Heleną?

– Heleną? Decyzję podejmie Tyndareos, ale nich ci będzie.

– Po pierwsze, nie chciałbym być kobietą. Za dużo ograniczeń w życiu. A jeśli już miałbym tego pecha, to… wybrałbym kogoś inteligentnego i sprytnego. Kogoś, kto nie tylko umie wojować, ale i myśleć. – Diomedes z rozmachem odstawił kieliszek na stół. Uderzył stopką o blat i rozlał trochę wina. – To znaczy, porównałbym wszystkich zalotników, wybrał tych, którzy mają te cechy i wtedy zdecydował.

– Aha… – Odyseusz podniósł się z krzesła. – Wybacz, ale muszę z kimś zamienić słowo. A dla ciebie mała rada… Skoro chcesz być sprytny i rozumny, to mniej pij i mniej gadaj. Przynajmniej w sytuacjach oficjalnych, takich jak dzisiaj.

***

W sali było tłoczno. Zapach ludzkich ciał mieszał się z wonią mięsa i ostrym zapachem czerwonego wina. Większość mężczyzn siedziała przy stołach. Niektórzy wstawali z krzeseł i ław, by przywitać się z dawno niewidzianymi znajomymi. Służący rozstawiali półmiski z dziczyzną, owocami, oliwkami i serem. Pomiędzy nimi układali kosze z chlebem. Jedzenie było doskonałej jakości.

Odyseusz przeciskał się między ławami. Zerkał w stronę królewskiego stołu. Helena rozmawiała z Menelaosem. Jasnowłosa, spokojna. Gdy miała dwa lata, padła ofiarą szaleńca. Porwał ją Tezeusz, ubzdurawszy sobie, że chce za żonę córkę Zeusa. Dzięki bogom wszystko skończyło się dobrze. Tyndareos pojechał do Aten, odbił dziecko i sprowadził je do Sparty**.

Zewsząd słychać było szczęk naczyń, postukiwanie kubków i kielichów. Odgłosy rozmów zagłuszały przekrzykiwania rozbawionych biesiadników. Odys szedł powoli, wyłapując sprawnym uchem informacje, przekazywane sobie przez rozmówców. Nagle ktoś chwycił go rękę.

– Witaj, królu Itaki! – Eurypylos z Ormenionu poderwał się z krzesła. – Co za niespodzianka! Kiedy przyjechałeś?

– Dzisiaj.

Odyseusz przystanął, by się przywitać. Ktoś krzyknął jego imię. Zaczęto je sobie podawać z ust do ust. Z kilku stron rozległy się oklaski.

Wtem salę przecięły gwizdy, które dobiegły z jednej części pomieszczenia. Odyseusz odruchowo spojrzał w tamtą stronę i zobaczył Palamedesa***. Ich spojrzenia zderzyły się ze sobą. Książę Eubei szybko pokręcił głową, wyciągając przed siebie wnętrze prawej dłoni.

W tej samej chwili Tyndareos podniósł się ze swego królewskiego krzesła.

– Odyseuszu, zapraszamy do nas!

Zaraz znalazło się miejsce przy głównym stole, kielich wina i czysty talerz.

– Oto moja córka, Helena.

Dziewczyna śmiało podniosła wzrok. Odyseusz miał nadzieję, że jego uśmiech wygląda na szczery. Zdarzało mu się bowiem obdarzyć rozmówcę ironicznym spojrzeniem. Przyczyną tego stanu rzeczy było mimowolne poczucie wyższości, które uważał za swą wadę. Tymczasem Helena zasługiwała na dużo więcej.

– To zaszczyt cię poznać, księżniczko.

– Witaj, panie. Miło widzieć cię na naszym dworze.

Czarnowłosy i czarnobrody Agamemnon skinął głową na powitanie. Arcy-król grecki, pan Myken. Potężny i niebezpieczny. Posiadał najliczniejsze wojska i najwięcej okrętów ze wszystkich helleńskich władców. Z jego oczu biła – niespotkana u innych – pewność siebie. Tylko głupiec obdarzyłby go w pełni swym zaufaniem.

– Co cię sprowadza do Sparty?

– To samo, co wszystkich.

– Liczysz na to, że zdobędziesz Helenę? – wtrącił się Tyndareos.

– Niekoniecznie, ale spróbować nie zawadzi. – Odyseusz uniósł w górę jeden kącik ust w ledwo zauważalnym uśmiechu.

– A co sądzisz o tym… – Agamemnon potoczył wzrokiem po sali – …całym zgromadzeniu?

– Myślę, że jeden z tych walecznych i ognistych mężów będzie zadowolony. Reszta zada sobie pytanie… a dlaczego nie ja?

– I jak już sobie na to pytanie odpowiedzą… – usta Agamemnona napięły się niebezpiecznie – to… co się stanie?

– No cóż… – Odyseusz uśmiechnął się złośliwie. – Nie mam pojęcia. I nie zamierzam sprawdzać. Mam nadzieję, że gdy oni zaczną myśleć, ja będę daleko stąd.

– Nie uda ci się tak szybko odjechać. – Król Sparty westchnął ciężko.

– Jeśli nawet, to cóż… Ja nie mam i nigdy nie miałem córki na wydaniu. Nie sądzę by chcieli czegoś ode mnie.

Tyndareos wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Agamemnonem. Splótł dłonie i oparł na nich podbródek.

– Odyseuszu… – rzekł po chwili. – Nie udawaj takiego niedomyślnego. To może się naprawdę źle skończyć! Co mam zrobić, żeby uszanowali nasz wybór? Żeby nie wystąpili przeciw temu, który zostanie mężem Heleny?

– No cóż, zaskoczyłeś mnie tym pytaniem. – Król Itaki kłamał. Spodziewał się takiego obrotu sytuacji. – Muszę pomyśleć. Jutro rano dam ci odpowiedź.

– Jak sobie życzysz, tylko nie zawiedź mnie w tej sprawie.

– Postaram się…

Odyseusz nie potrzebował aż tak długo rozmyślać, by znaleźć rozwiązanie. Ale ani Tyndareos, ani Agamemnon nie musieli o tym wiedzieć. Zbyt łatwo wykonanej pracy nikt nie szanuje. I przez to nie chce za nią płacić.

***

Późnym wieczorem, stara i znana w Sparcie tawerna rozbrzmiewała głosami miejscowych i przyjezdnych. W palenisku pośrodku izby tańczyły płomienie ognia, a dym wypływał otworem umieszczonym w dachu.

Podawano głównie wino. Jeśli ktoś zgłodniał, mógł uraczyć swe podniebienie dwoma rodzajami zup, pieczonym mięsem niewiadomego pochodzenia, serem, oliwkami lub plackami jęczmiennymi. Rumianolicy młodzieniec grał na lirze, wyjąc przy tym jak wilk do księżyca w pełni.

W głębi izby stał nieduży stół z dwoma krzesłami u szczytów i ławami po bokach. To przy nim Odyseusz dostrzegł znajome twarze.

Machaon o słomianych włosach rozpierał się na siedzisku przy ścianie, obok niego pił wino Idomeneus z Krety. Po przeciwnej stronie Diomedes z sarkastycznym uśmiechem na twarzy słuchał wywodów Ajasa z Salaminy. U szczytu stołu ulokował się stary Menojtios, a za nim na podłużnej skrzyni przy beczce z winem drzemał Patrokles. Drobne chłopię o przeraźliwie długich i wąskich palcach dłoni.

Odyseusz, zachęcony przez Machaona, zajął ostatnie wolne miejsce.

– Jak nastroje? – zapytał.

Idomeneus zamówił dodatkowy kubek i kolejny dzban wina.

– Węszę oszustwo – sarknął Menojtios. – Męża dla Heleny już dawno wybrali.

– To po co zaprosili pół Grecji? – Piętnastoletni Ajas spoglądał na towarzyszy, jakby od nich oczekiwał wyjaśnień. – Może chcieli… rozsławić dwór Tyndareosa? – dodał niepewnym głosem.

– No… ładnie go rozsławią, gdy wszyscy skoczą wybrańcowi do gardła – roześmiał się Diomedes.

Chłopak z obsługi postawił na stole garnek z mięsiwem i kilka talerzy.

– Dla kogo zupa? – zapytał.

Menojtios skinął na śpiącego Patroklesa. Służący trącił dzieciaka w ramię.

– Coś wam powiem w tajemnicy. – Odyseusz pochylił ku współbiesiadnikom. – Rozmawiałem z Tyndareosem na osobności. Nie są jeszcze pewni wyboru, muszą poradzić się wyroczni, tak więc wszystko może się zdarzyć.

Oczywiście było to wierutne kłamstwo, ale jeśli chce się kogoś wspomóc a przy okazji mieć z tego korzyści, to warto postawić wszystko na jedną kartę. Odyseusz miał nadzieję, że plotka o jego rzekomej rozmowie z Tyndareosem rozniesie się w ciągu najbliższych dwóch dni.

– Chciałbym ci wierzyć. – Idomeneus rozdzielił porcje na talerze.

Mięsiwo pachniało całkiem przyzwoicie. Wino zmieszane z wodą smakowało dobrze. Nikogo nie trzeba było zachęcać do jedzenia i picia.

– Mówię prawdę. – Odyseusz wytarł utłuszczone palce o kromkę chleba. – Każdy z was może jeszcze zostać wybrańcem. Przeto warto zadbać o dobre stosunki z pozostałymi…

– Miejmy nadzieję, że wszystko rozejdzie się po kościach. – Machaon sięgnął po kolejną porcję mięsa. – Za dużo książąt i królów tutaj zjechało. Niepotrzebne nam w Grecji rozłamy. A tak właściwie… to kogo nie ma? Jest ktoś, kto nie odpowiedział na zaproszenie Tyndareosa?

– Peleus z Ftyi nie przyjechał – bąknął niewyraźnie Menojtios. Usta miał pełne jedzenia.

Patrokles klęczał przy skrzyni, łapczywie wyjadając z miski zieloną breję. Miejsce, które zajął Odyseusz, było z pewnością przeznaczone dla chłopca, lecz król Itaki nie przejmował się takimi drobiazgami. Czuł wpatrzone w siebie oczy Diomedesa. Młodzieniec niewiele pił, wypowiadał się rzadko, za to ze ściśle lakoniczną precyzją.

– Peleus jest chyba żonaty… – zauważył Machaon. – A jego syn, Achilles, za mały na swaty.

– Już nie taki mały. Starszy od Nestorowego szczeniaka o cztery lata. – Idomeneus odsunął od siebie talerz. – Peleus odcina się od naszych głównych miast. Nie wiadomo jak długo wytrzyma w takim odosobnieniu.

– To wcale nie jest zła polityka. – Odyseusz łyknął wina. Pił niedużo, gdyż chciał zachować trzeźwy umysł. – Nie każdego interesuje powiększanie imperium. Można żyć spokojnie i dostatnio w niewielkim państwie.

– Ale nieduży kraj też trzeba chronić przed najazdami.

– Owszem, lecz mało kto odważy się zaatakować ziemie, na której rządzą Myrmidoni.

Rozmowy toczyły się do późnej nocy. Patrokles zjadł polewkę, potarł rękami swe wielkie, niebieskie oczęta, po czym położył się na skrzyni i zwinął w kłębek. Menojtios przykrył go płaszczem.

***

Poranek był chłodny, zapach deszczu unosił się nad ulicami. Mgła powoli opadała, kontury budynków nabierały swych rzeczywistych kształtów.

Gdy Odyseusz wszedł do pałacu, od razu został zaproszony do jednej z bocznych izb, gdzie czekali już na niego Tyndareos i Agamemnon. Siedzieli przy niewielkim stole, zastawionym chlebem, oliwkami, owocami i serem. Właśnie zabierali się do jedzenia

– Posil się, Odyseuszu – zachęcił spartański władca. – I mów, co wymyśliłeś.

Król Itaki skwapliwie skorzystał z zaproszenia. Chleb był świeży, owoce soczyste a ser pachnący.

– Zanim przejdę do sedna, chciałbym porozmawiać o interesach.

– Czyżbyś żądał zapłaty za wsparcie swego arcy-króla? – obruszył się Agamemnon. –

– I za pomoc w osadzeniu Menelaosa na tronie Sparty… – Odyseusz posłał mu pełne wyższości spojrzenie.

– Ty… synu Syzyfa! Ja tego nie powiedziałem!

– Oczywiście, że nie. Wybacz królu moje haniebne domysły. Czyli… tak naprawdę, niczego ode mnie nie chcecie? Jeśli tak, to pozwólcie, że skończę posiłek i oddalę się w swoim kierunku…

Z oczu Agamemnona poleciały błyskawice. Chciał coś krzyknąć, lecz Tyndareos powstrzymał go ruchem ręki.

– Nie ma powodów do sprzeczki – powiedział. – Czego od nas chcesz, Odyseuszu?

– Nie żądam wiele. Jestem człowiekiem spokojnym i mało wymagającym. Bogactw nie łaknę, a o resztę sam potrafię zadbać. Jedyne, czego mi brakuje to… żony.

– Heleny nie dostaniesz! – warknął Agamemnon.

– Nie myślę o Helenie, mam inną na oku. Penelopę, Tyndareosie, córkę twego brata Ikarosa.

Król Sparty odetchnął z ulgą, widać było jak z jego barków schodzi napięcie.

– To się da zrobić – rzekł radośnie. – Masz moje słowo, że ją dostaniesz.

– Cieszę się. W takim razie przejdźmy do rzeczy… – Odyseusz zawiesił głos. – Przede wszystkim, musisz zebrać wszystkich w megaronie. Jutro wieczorem. Gdy przyjdą, ogłosisz, że o rękę twej córki stara się tylu wspaniałych mężów, że nie umiałeś zdecydować, który z nich ma ją dostać. Dlatego poradziłeś się wyroczni. I wszystkie znaki pokazały, że wolą Zeusa jest, aby wyboru dokonała Helena.

– Nie tak miało być! – Agamemnon wykrzywił usta.

– Spokojnie. – Tyndareos rozparł się wygodnie na krześle. – Wybierze, kogo trzeba. Zresztą, mam wrażenie, że ten właściwy jej się podoba.

– Potem obwieścisz wszystkim – Odyseusz mówił dalej – że Zeus pragnie w szczególny sposób chronić księżniczkę i żąda, by przed ogłoszeniem ostatecznej decyzji wszyscy zalotnicy złożyli przysięgę.

Agamemnon otworzył szeroko usta, oczy miał jak spodki. Potem zauważył chyba, że wygląda nieszczególnie, ogarnął się i rzekł:

– Doskonale, Odyseuszu! I co dalej?

– Każdy przysięgnie, że zaakceptuje decyzję Heleny i udzieli wybranemu pomocy, gdyby ktoś próbował zabrać mu żonę. Żeby było uroczyście wezwijcie kapłanów, zapalcie jakieś wonne kadzidła, niech światło pochodni skąpo oświetla salę. Złóżcie w ofierze konia i każcie nad nim składać przysięgę. Sprawcie, by ten dzień zapisał się w pamięci wszystkich.

– To jest… mocne. – Tyndareos z trudem wydusił z siebie trzy słowa.

Odyseusz miał nieprzenikniony wyraz twarzy. Czuł w kościach, że na jego oczach tworzy się historia, a on sam swym myśleniem nadaje jej nowy bieg. Bieg, którego wyniku nie jest w stanie przewidzieć. Mimowolnie zadrżał, a potem zastanowił się, co też mogło go tak przestraszyć. Przecież nic się nie dzieje. To, co się zdarzy jutrzejszego dnia, zapobiegnie bratobójczym walkom wśród greckich królów. A on sam dostanie wytęsknioną Penelopę.

Czegóż więc tu się bać?

***

Następnego dnia od rana padało. Po południu, nad Spartą pojawiły się ciężkie burzowe chmury. Gromowładny Zeus ciskał piorunami, jak wojsko włóczniami w najbardziej zajadłego wroga. Straszliwe błyskawice przecinały niebo.

Zrobiło się ciemno zanim zapadł właściwy, wynikający z pory dnia mrok. Wieczorem pochodnie ledwo oświetlały zatłoczony megaron. Goście oblegali ustawione w rzędach ławy. Na podwyższeniu, na tronach zasiadła rodzina królewska. Z licznych kadzideł wydobywał się duszący dym.

Dwa rzędy kapłanów w białych szatach stały przy drewnianym ołtarzu.

Odyseusz siedział w środkowej części sali. Po prawej stronie miał Diomedesa, po lewej Menojtios strofował tulącego się doń Patrokla. Na niebie wciąż toczyła się wojna żywiołów. Napięcie wśród zebranych rosło, niczym fala przypływu gotowa zatopić wszystko, co napotka na swej drodze.

– To chyba niezbyt dobra chwila na ogłoszenie wyboru. – Diomedes wyglądał na zatroskanego. – Jakby bogowie nie sprzyjali temu, co się wydarzy.

– Albo wręcz odwrotnie. – Odyseusz włożył w uśmiech nieco wysiłku. – Gromowładny daje znak, że nas obserwuje.

Tak naprawdę, nie wiedział co o tym sądzić. Udzieliło mu się zdenerwowanie innych, lecz starał się tego nie okazywać.

Tyndareos wstał i stanął w świetle pochodni, trzymanej przez kapłana. Z bladej twarzy wyzierały oczy, świecące niczym dwa piekielne ogniki. Król podniósł rękę w górę i rzekł mocnym głosem:

– Zebraliśmy się tutaj, by wybrać męża dla mojej córki Heleny.

Przez salę przebiegły szmery.

– Długo myślałem i muszę przyznać, że nie jestem w stanie dokonać wyboru. Są wśród was sami najszlachetniejsi i najdzielniejsi mężowie. Wybrać jednego, znaczy urągać pozostałym, a tego nie śmiałbym uczynić. Za bardzo cenię sobie wasze duchowe i cielesne przymioty. Dlatego zasięgnąłem rady wyroczni, a gromowładny Zeus objawił mi, jak mam postąpić.

Wiatr na zewnątrz przyginał mniejsze drzewa ku ziemi. Groźne błyski co rusz przecinały niebo. Tyndareos nabrał powietrza w płuca i mówił dalej.

– Zeus zażądał, żeby wyboru dokonała Helena. Ale zanim to nastąpi, wszyscy zalotnicy muszą przysiąc, że z pokorą pogodzą się z jej wyborem. I będą chronić ją samą oraz jej przyszłego męża. I zawsze staną po jego stronie, gdy ktoś będzie próbował odebrać mu małżonkę oraz wszelkie inne dobra, które posiada.

Odyseusz drgnął. Jakie znów „inne dobra”? Przejęzyczył się, czy może Agamemnon doradził mu wzbogacić przysięgę?

W sali zrobiło się poruszenie.

Siedzący w pierwszym rzędzie, Idomeneus zerwał się z ławy.

– Nie może być! – krzyknął. – Nie masz prawa żądać takiej przysięgi! Żeby chronić Helenę… to rozumiem, ale majątek, pałace, ziemie? To jakiś przekręt! Nie wchodźcie w to!

I wtedy potężny błysk rozjaśnił salę, oślepiając wszystkich zgromadzonych.

Chwilę potem boski grzmot zatrząsł posadami pałacu.

Na zewnątrz w ogniu stanęło drzewo.

A w megaronie zaległa przejmująca do szpiku kości cisza.

Pod Idomeneusem ugięły się nogi, bez sił opadł na ławę. Menojtios przygarnął do siebie Patroklesa. Odyseusz ukrył twarz w dłoniach. Między dwoma palcami dostrzegł schylającego się ku niemu Diomedesa.

– Ty się śmiejesz? – Przyszły król Argos miał grozę w oczach.

Tyndareos skinął głową w stronę kapłanów.

– Nie drażnijmy Gromowładnego – rzekł zduszonym głosem. – Zacznijmy ofiarę.

Do sali wprowadzono białego konia. Król Sparty sięgnął po nóż. Na ołtarz trysnęła ciemnoczerwona jucha. Dymiące ćwiartki zwierzęcia zostały złożone na kamiennej podłodze.

– A teraz przysięga. – Ostry szept Tyndareosa odbił się od ścian megaronu. – Odyseuszu, ty zaczniesz jako pierwszy.

Nikt nie protestował. Zalotnicy podchodzili po kolei. Stawali na kawałkach poćwiartowanego konia i z pochylonymi głowami powtarzali za kapłanem słowa przysięgi.

Kiedy ostatni z nich usiadł na ławie, Tyndareos zwrócił się do Heleny:

– Teraz ty, córko. Ogłoś wszystkim swój wybór.

Dziewczyna wstała i zbliżyła się do ojca. Płomień pochodni oświetlił jej gładką twarz.

– Wybieram… Menelaosa – powiedziała, po czym spojrzała w stronę, gdzie siedział jej przyszły mąż.

********************************

* Diomedes był synem Tydeusa, uczestnika wyprawy znanej pod nazwą Siedmiu przeciw Tebom. Sześciu wodzów greckich wsparło wtedy Polinika syna Edypa, gdy walczył o tron ze swoim bratem Eteoklesem Razem z Polinikiem wodzów było siedmiu. Każdy z nich atakował jedną z siedmiu tebańskich bram. Wojnę przegrali, przy czym sześciu z nich zginęło. Przeżył jedynie Adrastos, dziadek Diomedesa ze strony matki. Eteokles również zginął.

10 lat później synowie siedmiu wodzów wraz z Adrastosem (jedynym ocalałym) postanowili pomścić śmierć ojców, zaatakowali Teby i podbili je. Na tronie osadzili Tersandrosa, syna Polinika. I o tej wojnie, czyli wyprawie Epigonów (potomków), opowiada Diomedes. W wyprawie zginął jeden tylko jeden z Epigonów. Był to Ajgialeus – syn dziadka Adrastosa, wuj Diomedesa.

Znalazłam dwie wersje jeśli chodzi o wyprawę Epigonów. Jedna mówi, że odbyła się ona przed wojną trojańską, druga – że już po. Ja chciałam, by Diomedes miał pierwsze doświadczenia wojenne za sobą w momencie, gdy przybył do Sparty, dlatego skorzystałam z tej pierwszej.

Dziadek Diomedesa nie wrócił z wyprawy Epigonów do kraju. Umarł w drodze do Argos z żalu za zabitym synem. Ale znalazłam wzmiankę, że zanim ruszył w drogę powrotną, wybudował pod Tebami świątynię Nemezis. Dlatego u mnie jeszcze żyje, buduje czy też kończy budować świątynię, a Diomedes w tym czasie przybywa do Sparty.

Podobno gdy Diomedes wyruszył na wyprawę do Teb miał 14 lat. U mnie jest już po wyprawie, w Sparcie ma 16 lat.

Po śmierci Adrastosa Diomedes żeni się z córką zabitego pod Tebami wuja Ajgialeusa i obejmuje po dziadku tron Argos. Potem jedzie ratować drugiego dziadka, tym razem ze strony ojca, któremu zagrabiono tron, i odnosi sukces. W tym czasie Agamemnon wykorzystuje sytuację i zdobywa Argos. A potem wiadomo… potrzebuje wodzów na wojnę trojańską, więc oddaje Diomedesowi jego dziedzictwo.

** W momencie, gdy Tyndareos odbijał Helenę, Tezeusz załatwiał inne sprawy. Najpierw (w domyśle 😀 ) pojechał do Hadesu porwać Persefonę dla Pejritoosa, a potem wraz z Heraklesem zaatakował Troję. To był ten moment, kiedy Herakles mścił się na Laomedoncie za niedotrzymanie złożonych obietnic. W wyniku tych zdarzeń, Priam został królem, a zaraz potem urodził się Parys. Tak jest w moim uniwersum.

Czasem ciężko uporządkować chronologicznie wydarzenia z mitów choćby przez to, że niektórzy z bohaterów musieliby żyć i być młodzi przez kilka pokoleń.

Choćby taka ciekawostka… Wiadomo, że Tezeusz i Pejritoos porwali Helenę i zawieźli do Aten. Potem pojechali do Hadesu, by porwać Persefonę na żonę dla Pejritoosa. Król Hades ich uwięził, a uwolnił Herakles podczas swej dwunastej pracy. To znaczy uwolnił tylko Tezeusza i potem razem pojechali pod Troję. Niektóre wersje mitów twierdzą, że Helena w momencie porwania była bardzo mała. Miała może 5-7-10, góra 12 lat. Dlatego Tezeusz postanowił poczekać aż dorośnie do wieku stosownego do zamążpójścia.

Są wersje, które podają, że Priam w momencie ataku na Troję był niemowlęciem. I Herakles niemowlaka osadził na tronie. Przyszły teść 12 lat młodszy od przyszłej synowej… No chmmmm… nie bardzo. 😀

***Palamedes, syn Naupliosa, króla Eubei – nie kojarzę by był kiedykolwiek wymieniany wśród zalotników Heleny, nie ma go również u Homera. Jednakże pojawia się w późniejszych przekazach jako uczestnik wojny trojańskiej i jeden z głównych greckich wodzów. Wg Greków (niektóre źródła mu to przypisują) – wynalazca miar, wag monet, gry w kości i stopni wojskowych. Wróg Odyseusza.

Następny rozdział:
Trojańskie opowieści. Rozdział 5 – Zaginiony królewski syn (Parys)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *